
Anna Lewandowska pokazała na Instagramie mniej błyszczącą stronę życia za oceanem. Po intensywnym dniu przyznała, że po prostu usiadła w samochodzie i się rozpłakała.
Trenerka opisała, że miała dzień wypełniony telefonami i spotkaniami i wszystkie zrealizowała. Mimo to jedna rzecz niemal wytrąciła ją z równowagi. Nie napisała, co to było. Rano obiecała sobie, że postawi na pozytywną energię i dobre relacje, a w razie kłopotów poszuka konstruktywnych rozwiązań.
Tym razem nie wyszło. Lewandowska przyznała, że dała sobie przyzwolenie na łzy, bo chciała tylko, żeby ktoś ją przytulił i powiedział, że daje radę. Potem pomyślała o ludziach, z którymi tego dnia rozmawiała. Każdy z nich ma swoje zmartwienia, a ona jako liderka chce brać odpowiedzialność za własne nastawienie.
Wpis wybrzmiał mocniej, bo Anna już latem pisała, że nie będzie udawać, iż w Stanach „wszystko jest super”. Opuściła Barcelonę i dołączyła do Roberta w Chicago. Przez wiele miesięcy mieszkali w hotelach, aż w końcu znaleźli dom, który zaczęła urządzać.
Plany na przyszłość ma ambitne: zapisała się na półmaraton i cztery kolejne starty w zawodach Hyrox. Swój wpis zakończyła w pogodnym tonie. „Jutro będzie nowy dzień”, napisała, dodając, że najbardziej nie lubi złej energii i kłótni.
Dyzia pyta: czy to nie jest najmilsza odmiana od internetowej sielanki?
Źródło: Pomponik, Kozaczek










